Olsztyńskie Stare Miasto – jak bardzo stare?

 
Zdawałoby się – i tak do niedawna sądzono, że dla Olsztyna początkiem wszystkiego był dzień 31 października 1353 roku. Bo właśnie tę datę nosi przywilej lokacyjny naszego miasta. Ale jak tu wierzyć datom? Wszak w przywileju lokacyjnym podolsztyńskiej wsi Kieźliny, datowanym 31 grudnia 1348 r., jako granicę tejże wsi wymienia się „nowe miasto” (nova civitas). Nie ulega wątpliwości, że może tu być mowa tylko i wyłącznie o Olsztynie. Bo także i dzisiaj widać jak na dłoni, że miasto Olsztyn, poprzez rzekę Wadąg, której koryto w całości należy do Olsztyna, graniczy bezpośrednio ze wsią Kieźliny.
A zatem o mieście Olsztynie, jako o mieście już istniejącym, dowiadujemy się o pięć lat wcześniej, zanim wystawiono dlań formalny akt założycielski. Taka bowiem była powszechna praktyka, Zatem Jan z Łajs, ów zasadźca Olsztyna, otrzymał od kapituły zlecenie dotyczące lokacji miasta spisane wcześniej, zaś datowane później, gdy spełnił oczekiwania zwierzchności i wywiązał się w sposób zadowalający z powierzonego mu zadania.
Takiemu biegowi rzeczy nie można się dziwić. Wszak przywilej lokacyjny był w istocie kontraktem, zawartym dwustronnie między kapitułą warmińską a wynajętym przez nią zasadźcą, który reprezentował zarazem interesy społeczności przyszłej aglomeracji. Obie strony tego kontraktu musiały z góry poznać swe wzajemne zobowiązania. Gdy więc koniec zwieńczył dzieło, pozostało akt datować i opieczętować i teraz dopiero otrzymywał go zasadźca do rąk własnych.
O ile zasadźca, jako przyszły sołtys miasta, zwolniony był od czynszów, o tyle pozostali mieszkańcy zainteresowani byli tym, od kiedy go mają płacić. Sprawa zaś była istotna, ponieważ tutejsze tereny porośnięte były gęstą puszczą (80% powierzchni kraju porastały lasy) i trzeba było niemałego trudu, aby w drodze karczunku uzyskać ziemię uprawną, która miała być dla mieszczan głównym źródłem utrzymania. Stąd pojawia się reguła przyznawania tzw. wolnizny, o której mówi również przywilej olsztyński: z racji użytkowania parcel w mieście, jak też przynależnych do tych parcel gruntów rolnych (ogrodów), ich właściciele mieli zapłacić swój pierwszy czynsz dopiero po upływie 14 lat – „licząc od dziś”, czyli od daty przywileju lokacyjnego. Lecz przecież wiemy, że miasto jako takie istniało już w końcu 1348 r. To znaczy, że już wówczas ludzie wiedli w nim normalne życie – uprawiali swoje grunty, korzystali z zamkowego młyna, wypasali świnie w dąbrowach i bydło na łąkach nadrzecznych. Z całą pewnością początek stada stanowiły kozy, sprowadzone stamtąd, skąd pochodziła ludność, czyli ze środkowej Warmii. Stamtąd też, z okolic Pieniężna, pochodził zasadźca. Ma się rozumieć, że posiadano też konie robocze.
Pora zastanowić się nad pytaniem, kiedy w takim razie datuje się początek miasta? Nie mogło to być wcześniej, aniżeli w końcu 1346 r., lub najpóźniej na początku 1347 r. Dopiero wtedy bowiem dokonała kapituła, wespół z biskupem, podziału południowej części Warmii, otrzymując we władanie terytorium komornictwa olsztyńskiego. Historycy powiadają przeto, że „miasto jest rówieśnikiem komornictwa olsztyńskiego” (A. Funk, A. Szorc). Zarówno miasto Olsztyn, jak i podolsztyńskie wsie, zaludniane były przez przybyszów z komornictwa z ośrodkiem w Pieniężnie, które już wcześniej znajdowało się w posiadaniu kapituły. Czy możliwe więc, aby w ciągu dwóch lat (1346–1348) zbudowano miasto? Najwidoczniej to maleńkie miasto, budowane nie tylko siłą rąk jego mieszkańców, ale także z pomocą chłopów z okolicznych wsi (nie darmo wiele z tych wsi zakładano już nieco wcześniej), których przywileje wiejskie zobowiązywały do posług szarwarcznych. Zapewne więc obraz tego miasta już po dwóch latach mógł odpowiadać podstawowym normom, które wiązano z miastem w jego wczesnym stadium. Wszelako data przywileju lokacyjnego świadczy, że dla pełnego obrazu miasta potrzebnych było jeszcze 5 lat.
Wróćmy na chwilę do wspomnianej wcześniej wolnizny. Otóż czerpane przez mieszkańców pożytki wiązały się, jak wiemy, z 14 latami liczonymi od daty przywileju lokacyjnego. Zważywszy jednak, że z tych samych pożytków korzystali mieszczanie, niepisanym prawem, również w okresie przedkolacyjnym, czyli w ciągu 7 lat poprzedzających datę przywileju. W sumie daje to 22 lata. Z tego widać, że wolnizna mogła stanowić dla przybyszy istotną zachętę, aby zechcieli podjąć trudy, których rezultat był dość obiecujący. Dotyczyło to również podmiejskich wsi. Np. wieś Gutkowo, lokowana nieco wcześniej niż Olsztyn (1352 r.) otrzymała dla swoich osadników, którymi byli sami tylko Prusowie, 15 lat wolnizny. Ale podobnie jak w przypadku Olsztyna, była to jedynie końcówka wolnizny, liczonej wszakże od początku procesu lokacyjnego tej wsi, czyli o kilka lat wcześniej. Podobnie położone w sąsiednim komornictwie biskupim miasto Barczewo, po zniszczeniu w 1353 r. przez Litwinów lokowane powtórnie w 1364 r., miało co najmniej 16 lat wolnizny.
Zmierzamy do konkluzji: siedmioletni okres budowy miasta Olsztyna, zakończony w 1353 r., winien datować nam wszystkie podstawowe urządzenia komunalne – mury obronne, kościół, ratusz oraz wzajemne relacje z powstającym równolegle zamkiem.
Mury obronne musiały być inwestycją o charakterze priorytetowym. Przesądzało o tym stałe zagrożenie ze strony najazdów litewskich, o czym dobitnie pouczał współczesnych wspomniany przed chwilą przykład Barczewa. Ten sam priorytet, choć na innym poziomie i z innych względów, stosowano we współcześnie budowanych wsiach warmińskich. Dość licznie zachowane plany wsi z XVI w. świadczą, że u progu lokacji ogradzano je wysokim płotem z dębowych bali. W tym wypadku chodziło o ochronę stada hodowlanego przed leśnymi drapieżnikami. Stado spędzano więc na noc na wiejski majdan, wokół którego biegła wrzecionowato rozłożona zabudowa, obowiązkowo ze strumieniem w środku, albo nawet z małym, przepływowym jeziorkiem (jak w Skajbotach). W takim ogrodzeniu istniały dwie bramy na przestrzał, które na noc oczywiście zamykano.
Wczesne datowanie miejskich murów obronnych znajduje potwierdzenie w faktach. Istniały one już przed przesunięciem północnych granic miasta w 1378 r. Archeolog Jan Michalski odkrył przed niewielu laty pierwotną fosę miejską, która biegła wzdłuż dzisiejszej ul. Lelewela w kierunku zamku, krawędzią Targu Rybnego. Tak właśnie przebiegała do 1378 r. północna granica miasta. Stwierdzono, iż piasek wyrzucany z fosy gromadzono w formie wału usypanego od strony wewnętrznej: dzisiejsza jezdnia ul. Lelewela zbudowana jest właśnie na zniwelowanym wale. Z kolei archeolog Adam Mackiewicz stwierdził, że ściany szczytowe tzw. tylnych domów, usytuowanych na zapleczu parcel przyrynkowych od strony Targu Rybnego, zostały posadowione wprost na resztkach dawnego muru obronnego. Uczyniono to po to, aby zaoszczędzić materiału i ludzkiego wysiłku, ale w tym celu sztucznie wydłużono w kierunku Targu Rybnego wszystkie przyrynkowe parcele. Po przesunięciu granic miasta w 1378 r. dalej na północ, zarówno wspomniana fosa, jak też mur obronny, straciły rację bytu. Mur rozebrano, fosę zasypano, aby następnie, wraz z nowymi granicami miasta na odcinku północnym, zbudować nowe pasmo murów w towarzystwie samotnej już dziś Bramy Górnej (zwanej potocznie Wysoką Bramą). To nowe pasmo murów i tę wielką bramę miejską zbudowano z pewnością niezwłocznie – zaraz po 1378 r.
Podobnie jak mury miejskie, tak samo istotną dla miasta sprawą było możliwie najrychlejsze zbudowanie fary miejskiej. Miała być ona dla miasta czymś znacznie więcej, aniżeli tylko miejscem kultu religijnego. Znaczenie jej budowli wiąże się też ściśle z jej lokalizacją. I tylko w tym kontekście należy ją dziś oglądać, nie zaś samoistnie, jak to skłonni są czynić historycy sztuki.
Pewną zgodność w kwestii datowania kościoła spotykamy u Henryka Madeja, który opowiadał się za „ostatnim ćwierćwieczem XIV wieku” oraz w przypadku Bogusławy Chorostian, która datuje budowlę na „koniec XIV wieku”. Wszelako dokonane ostatnio badania dendrologiczne więźby (A. Konieczny, H. Tisje) pozwalające datować ją na czas „wkrótce po roku 1429” sprawiły, iż Andrzej Rzempołuch, który opowiadał się dotąd za „przełomem XIV i XV wieku”, w swej ostatecznej wypowiedzi datuje w tenże sposób sam tylko początek budowy, zaś jej ukończenie – „po kilkuletnim przestoju spowodowanym dwiema kolejnymi wojnami (1410–1414)” – przesuwa daleko do przodu, mianowicie na czas wskazany przed dendrologów, czyli na lata trzydzieste XV w. Byłoby to zatem niemal całe stulecie od czasu powstania miasta, daleko później, niż zbudowano cokolwiek innego – mury miejskie, ratusz oraz zamek w jego fazie podstawowej.
Czy to możliwe? Kościół był dla miasta budowlą o pierwszorzędnym znaczeniu. Tak samo ważną, jak mury obronne, ponieważ sam był budowlą obronną. O ile zamek nie był własnością miasta, chociaż je wszakże chronił od jednej strony, to po stronie dokładnie przeciwległej w stosunku do zamku, wyznaczono miejsce dla budowli kościelnej, która była dla miasta niejako własnym jego zamkiem obronnym. Lecz niezależnie nawet od funkcji obronnej, o której za chwilę, obecność tej ogromnej budowli z prostym i łatwym dostępem z rynku, miała znaczenie właściwie na co dzień. Na co dzień bowiem istniało w mieście zagrożenie pożarem. Kościół zaś, którego wielkość pomyślana była w ten sposób, aby mógł pomieścić w potrzebie całą ludność wraz z jej podstawowym dobytkiem – nawet ze zwierzętami domowymi – gwarantował wszystkim bezpieczne schronienie, z ocaleniem życia włącznie. Właśnie po to ogrodzono go od strony miasta własnym murem obronnym, żeby ogień niesiony wiatrem napotkał stosowną przeszkodę. Właśnie dlatego był tak wysoki, aby niesione wiatrem płonące wiązki strzech nie zagrażały jego więźbie dachowej.
Co do lokalizacji kościoła w obrębie zabudowy miejskiej, wypowiedział się trafnie konserwator wschodniopruski Carl Wünsch (1933). Zauważył on, iż budowla kościelna, ze względu na owe funkcje ściśle obronne, znalazła się w samym narożniku miasta. Zauważył też, że był to ten narożnik miasta, który wyznaczono przed przesunięciem granicy północnej w 1378 r. Podobnie, narożnikowe położenie kościoła w opozycji do zamku, znajdujemy w innych miastach, takich jak Biskupiec, Dąbrówno, Kętrzyn, Młynary, Morąg, Olsztynek, Ostróda, Pasym, Susz, Zalewo. Aby uzyskać celowo takie właśnie usytuowanie kościoła, odstąpiono od zasady orientowania jego strony ołtarzowej na wschód (ku Ziemi Świętej). Tak samo jak w Olsztynku, jak też w wielu innych przypadkach. Podkreślmy jeszcze raz: skoro nie może ulegać wątpliwości, że kościół olsztyński usytuowano jako narożnikową budowlę obronną, to musiano tego dokonać przed 1378 r., gdyż po przesunięciu granic we wspomnianym roku przestał on być budowlą narożnikową i cały sens tej przemyślanej lokalizacji legł już wtedy w gruzach. Nie można się tedy dziwić, że datowanie budowli kościelnej na okres przed 1378 r., ma swoich zwolenników. Należy do nich doświadczona badaczka historii tutejszych zabytków Sława Mojzych-Rudowska, a także bynajmniej nie bezkrytyczny w sprawach datowania Georg Dehio. Ten ostatni proponuje wręcz, aby uwidocznioną w kaplicy południowej datę roczną „1315”, która miałaby zupełnie bezzasadnie mówić o zakończeniu budowy kościoła, odczytywać jako rok „1375”.
Rzeczone datowanie więźby, którego bynajmniej nie kwestionujemy, nasuwa wszelako podejrzenie, że więźba ma charakter wtórny. Wszak dokładnie w tym właśnie okresie, w 1414 r. miasto strawił pożar, wywołany rozmyślnie przez wojska Jagiełły i Witolda, które paliły również kościoły, co z naciskiem podkreśla Carl Wünsch.
Czy ogromny korpus tego kościoła, wydłużony został ponad przeciętność specjalnie dlatego, aby w wygospodarowanym przez to prezbiterium mogła zasiadać – w izolacji od wiernych – kapituła warmińska? Taką to informację w bryle fary olsztyńskiej odczytuje Andrzej Rzempołuch. Otóż tych względów historia w zasadzie nie potwierdza. Kapituła znalazła dla siebie przymusową rezydencję w Olsztynie tylko jeden raz w swoich dziejach, w rezultacie tzw. potopu szwedzkiego, w połowie XVII w. Trudno jednak przypuszczać, aby tego rodzaju okoliczność przewidywano z góry, gdy miasto w pocie czoła wznosiło swą sakralną twierdzę – chyba jednak z myślą o swoich własnych, praktycznych korzyściach.
Na sam koniec tych rozważań o dzisiejszej katedrze arcybiskupów olsztyńskich poczyńmy jeszcze jedną, drobną uwagę. Jest mianowicie w sąsiednim Gutkowie filialny kościół dawnej fary olsztyńskiej, przeznaczony niegdyś specjalnie dla Prusów, którzy zaludniali Gutkowo. Przyjmuje się, że zbudowano ów kościółek w formie trwałej (prowizorki tam z pewnością nie było!) już przynajmniej ćwierć wieku po założeniu wsi. Skoro zaś założono tę wieś w 1352 r., byłyby to zatem lata po 1370 r. (tak datuje Dehio), względnie po 1375 r. (H. Madej i J. Piskorska, a także A. Koperkiewicz). Datowanie to, jak ostatnio zauważono, ma pewne odniesienia formalne do kościołów w Ornecie i Nowym Kawkowie (ornamentyka). Jakiż zatem wniosek? Rzecz oczywista, że fara olsztyńska nie mogła powstać później, aniżeli jej filia w Gutkowie.
O Starym Ratuszu olsztyńskim wiele by mówić. I wiele też powiedziano, choć nie ze wszystkimi można się zgodzić.
Co do datowania budowli Andrzej Rzempołuch wychodzi z błędnej przesłanki, jakoby obecność ratusza – nie tylko w Olsztynie, lecz w każdym z tutejszych miast – zależna była od faktu wykupienia przez miasto sołectwa. Dlatego więc autor ów datuje ratusz lidzbarski na rok 1384 i powiada, że miało to miejsce 76 lat po lokacji tego miasta (ściślej mówiąc od daty przywileju lokacyjnego!). Przypomnijmy tedy, że samorząd miejski gwarantowany był miastom przez prawo chełmińskie, na którym z reguły tutejsze miasta lokowano. Tyle tylko, że ów samorząd znajdował się w pewnym względzie pod kontrolą sołtysa, dopóki nie wykupiono sołectwa, zaś po wykupieniu sołectwa –pod kontrolą zwierzchności, czyli w przypadku Olsztyna pod kontrola kapituły: „stanowimy ponadto – czytamy w przywileju lokacyjnym – że rada i mieszkańcy bez naszego zezwolenia nie mogą ustanawiać przepisów (…), ani też wybierać członków rady miejskiej, czy podejmować innych ważnych decyzji. Bez zgody naszej, sołtysa i rady miejskiej, nikt nie może…” itd.
Znany historyk Warmii Victor Röhrich (na którego w swym dziele o prawie chełmińskim wielokrotnie powołuje się Alojzy Szorc), w odniesieniu do Lidzbarka powiada: chociaż wiadomość o burmistrzu pochodzi dopiero z 1338 roku, rada wraz z burmistrzem istniała w Lidzbarku od samego początku, a zatem od początku musiał też istnieć obiekt spełniający funkcję siedziby władz miejskich.
Przypomniawszy co wyżej, musimy tu stwierdzić, że w każdym z tutejszych miast ratusz musiał istnieć od samego początku. Stawiano go po lokacji miasta zawsze jako budowlę trwałą, a nigdy jako budowlę prowizoryczną. Chociaż ratusz był z reguły budowlą niewysoka, z reguły dwukondygnacyjną, stawiano go na murach grubych ponad przeciętność, niczym kościół lub zamek, zawsze z myślą o tym, żeby przetrwał wieki.
W świetle przywileju lokacyjnego Olsztyna ratusz był tutaj wręcz niezbędny, a to ze względów czysto praktycznych. Kupcy i rzemieślnicy, czy to swoi, czy przyjezdni, mieli obowiązek sprzedaży swych towarów i usług wyłącznie w kramach zlokalizowanych w rynku – nie pod gołym niebem, lecz właśnie w przyziemiach ratusza. Ten przymus umożliwiał ścisłą kontrolę nad handlem w mieście, a ta kontrola była potrzebna po to, aby ściągać opłaty, dzielone następnie w równych proporcjach pomiędzy kapitułę, sołtysa (dopóki istniał) i gminę miejską, którą reprezentowała rada na czele z burmistrzem. W ratuszu także, albo w związku z nim, znajdowała się waga miejska, od której przywilej lokacyjny również każe pobierać analogicznie dzielone opłaty. Na ratuszu przechowywano lokalny wzorzec korca, czyli miary objętościowej, która w każdym mieście była inna. Było tu także archiwum miejskie, w którym spoczywał przywilej lokacyjny. Rzecz oczywista, że na ratuszu sprawowano sądy, także sołeckie, i tutaj też, na piętrze, miała swą siedzibę rada miejska z burmistrzem.
Z tych też względów o ratuszach miejskich mamy z reguły bardzo wczesne wiadomości. Jeśli zaś ich nie mamy, to nie znaczy, że gdziekolwiek z budową ratusza zwlekano. Mitem, który uczepił się Olsztyna wskutek niewiedzy dawnych popularyzatorów tego miasta, jest rzekomy „dom burmistrza” w rynku staromiejskim, jako jeden z najbardziej reprezentacyjnych. Owszem, mógł to ewentualnie być dom sołtysa, który miał prawo wystawić sobie dom murowany. Burmistrzowie byli obieralni, a miejscem ich rezydencji był zawsze ratusz, nigdy zaś dom prywatny.
Historycy sztuki przyjęli bezzasadnie, że pierwotny ratusz zniknął, bo był zbyt ciasny, a na jego miejscu zbudowano – „ma pewno po roku 1500” (A. Rzempołuch) – obecnie istniejącą budowlę. Że pierwotny ratusz, owszem, powstał „około 1380 roku, wraz z lokacją miasta”, ale „w latach 1440–1530 wymurowano z cegły w wątku krzyżowym większy, dwukondygnacyjny budynek o 3 m krótszy od obecnego” (Katarzyna Polak, 2002).
Teoria o dwóch ratuszach jest wręcz niepoważna. Wspomniany wcześnie Carl Wünsch wolał przejść do porządku nad początkami ratusza olsztyńskiego, choć przecież jednak odżegnywał się od myśli, aby mieszczan olsztyńskich uważać za przygłupów i kazać im rozbierać swój rausz. Dlatego wymyślił coś, co jego zdaniem byłoby bardziej przekonywujące. Wolał mianowicie stwierdzić arbitralnie, iż „średniowieczny ratusz olsztyński spłonął w 1620 r. W jego miejsce zbudowano w latach 1623–1624 nowy, z którego do dziś pozostały mury obwodowe”. Historykowi Olsztyna Antonowi Funkowi nie pozostało tedy nic innego, aby skonkludować ulegle: „O ratuszy w czasach najdawniejszych brak wiadomości. Podobno pierwotny ratusz paść miał ofiarą pożaru 25 lutego 1620 r.” (1979).
Dzięki tym dwum autorytetom, olsztyńscy historycy sztuki, na czele z Wojewódzkim Konserwatorem Zabytków, uznali ów ratusz za zabytek o wartości trzeciorzędnej. Rzecz niewiarygodna, ale bez jakichkolwiek badań architektonicznych, w piśmie skierowanym do Ministerstwa Kultury i Sztuki w 1979 r. Wojewódzki Konserwator Zabytków gotów był zrezygnować z dotacji na remont tego zabytku, ponieważ „ratusz miejski, po licznych przebudowach, nie przedstawia większej wartości zabytkowej”. Nie miejsce tu, aby wspominać, ile jeszcze błędów popełniono później, zanim w 2002 r. zdecydowano się – bez żadnych intencji badawczych – zrzucić wreszcie tynki z budowli, kiedy to oczom, zdziwionych konserwatorów i historyków sztuki ukazała się gotycka sylwetka ratusza. Gwoli prawdzie wspomnijmy, że kilka lat przedtem zlecono dla porządku badanie sondażowe (Katarzyna Soczewica i Barbara Zalewska), które zapowiadały sensację. Lecz przecież obiekt stanowił wartość trzeciorzędną i dlatego dokumentacja z owych badań od razu poszła w kąt i zapewne nikt kto powinien, w ogóle jej nie czytał. Nie bez żalu stwierdzimy, że podobny los spotkał też dokumentację historyczną, wykonaną przez niżej podpisanego, do kompletu z tamtą.
Pozostajemy tedy przy swoim: niech nam nikt nie zawraca głowy „oślimi grzbietami”. Jesteśmy bowiem przekonani, że wystrój zewnętrzny mógł (i powinien był, bo miasto miało swe ambicje) zmieniać swoje oblicze wedle nowych gustów, ale mury, które pamiętają Jana z Łajs, stoją jak opoka, bo przecież po to je tak solidnie budowano.
Andrzej Rzempołuch uległ też niekompetencji Hugo Bonka, wydawcy źródeł olsztyńskich i w tym względzie dużej miary dyletanta i stwierdził w ślad za nim, że rozbudowa ratusza w 1624 r. oznaczała nie co innego, jak tylko dobudowę do zachodniego szczytu jakiej wartowni. Tymczasem archeolodzy stwierdzili wyraźnie, że zachodnia ściana szczytowa uległa przesunięciu o parę metrów dalej. Ba, widać to przecież gołym okiem: biegnąca w ustalonym rytmie dekoracyjne rozczłonkowania na południowej elewacji, po lewej stronie nagle tracą swój rytm i na szerokości około dwóch metrów powstaje niezrozumiała pustka. Opinia Bonka przeczy faktom zawartym w materiale źródłowym, dostępnym w Archiwum Archidiecezji Warmińskiej. Ów wydawca poczynał sobie z tym materiałem jak chciał – potraktował go w sposób nierzetelny, z istotnymi opuszczeniami, celowo przy tym germanizując pisownię polskich nazwisk, które w tych źródłach występują. Więc pozostajemy przy swoim.
Na koniec – nie mniej istotna relacja między zamkiem i miastem. Pokutuje wyssane z palca stwierdzenie, powtarzane ostatnio dość często, a zupełnie bezzasadnie, jakoby zamek zbudowano w zupełnej izolacji od miasta. Jakoby miał on tylko jedno miejsce, które łączyło go ze światem zewnętrznym, a mianowicie bramę mostową od zachodu. Kto zaś tak twierdzi, zupełnie nie rozumie roli miasta w stosunku do zamku – nie tylko w przypadku Olsztyna. Otóż więc zamki o ile stawiano je obok murów miejskich, zawsze posiadały bezpośrednią komunikację z miastem, albowiem miasto, w przypadku wojny, pełniło zawsze rolę strategicznego przedzamcza. Tego nie trzeba dowodzić, wystarczy znać historię. Także więc i zamek olsztyński od samego początku posiadał bezpośrednią łączność z miastem. W okresie wojny 13-letniej obrońcy olsztyńskiego zamku na wszelki wypadek spalili most zwodzony, przerzucony przez Łynę od północnego zachodu, aby zawczasu odeprzeć wroga, który musiałby szukać dostępu do zamku, wpierw zdobywając miasto. U bramy mostowej przed zamkiem, po stronie miasta, długo wpraszał się kanonikom zaciężny krzyżacki Georg von Schlieben, zanim wreszcie pozwolono mu wjechać do zamku od strony miasta. Gdy osiągnął swoje, okazał się zdrajcą i oszustem, ale to już jest inna bajka.