Jerzy Sikorski - o sobie

Urodziłem się 25 lipca w Wilnie. Moja matka Anna, z domu Wołk-Lewanowicz (1914–1995) była nauczycielką. Pochodziła z rodziny ziemiańskiej, osiadłej od bardzo dawna w Wielkim Księstwie Litewskim. W 1553 r. Leon Wołk-Lewanowicz (ok. 1530–ok. 1615) otrzymał z nadania Zygmunta Augusta majątek ziemski Azarczyce w gminie homelskiej, „ziemie” Nazarkowszczyznę i Sibolkowszczyznę oraz miasto Homel (potwierdzone przywilejem tegoż króla z 1562 r.). W latach 1762 i 1766 Aleksander Wołk-Lewanowicz (ok. 1730 – ok. 1810) otrzymał od króla Stanisława Augusta godności „krajczego gryczyckiego” i „strażnika powiatu”, a w 1777 r. majątek Jasny Las pod  Bobrujskiem, którego część odziedziczył Sergiusz Wołk-Lewanowicz (1869–1962), ojciec mojej matki, ożeniony z Melanią z domu Ossowską, córką zesłańca po powstaniu styczniowym 1863 r. Z tego małżeństwa w latach 1902–1914 urodziło się dziewięcioro dzieci, wszystkie w majątku Jasny Las, moja matka jako ostatnia. W  sąsiedztwie majątku znajdowała się wieś Wieliczkowo, założona  przez imigrantów z Mazowsza, osiadłych tu po wojnach szwedzkich. Z tej wsi pochodził mój ojciec Feliks (1889–1980). W okresie I wojny światowej był oficerem w armii carskiej, ale  już w lutym 1918 r., wraz ze swym przyszłym teściem Sergiuszem, znalazł się w I Korpusie Polskim, który opanował Bobrujsk i okolice. Dowodził nim generał Józef Dowbor-Muśnicki. Aby przedostać się do kraju, Korpus ten, w sile ok. 24 tys. ludzi i ok. 10 tys. koni, zmuszony był przyjąć warunki podyktowane przez zgrupowanie wojsk niemieckich pod Mińskiem, których nie dało się ominąć. Nastąpiła więc demobilizacja  Korpusu i tym sposobem cały jego skład osobowy, wraz z ogromną liczbą cywilnych uciekinierów, z końcem czerwca 1918 r. przedostał się do Polski, wciąż jeszcze okupowanej przez Niemców. Po wojnie bolszewickiej, gdy ustaliły się granice państwa polskiego, 

 

Józef Piłsudski (naczelnik państwa) osobiście zainteresował się losem emigrantów z ziem wschodnich. Dzięki niemu, cała liczna rodzina Wołk-Lewanowiczów, koczująca w ciężkich warunkach w Dobrzyniu, przeniosła się w okolice Łunińca na Polesiu, gdzie ojciec mojej matki otrzymał stanowisko leśniczego. Stamtąd u schyłku 1939 r. rodzice mojej matki oraz kilkoro jej rodzeństwa zostali zesłani do Archangielska. Udało im się wyjść z Rosji z armią generała Andersa, choć nie wszyscy przeżyli zsyłki, ponieważ w 1934 r. wyszła za mąż. Mój ojciec sprowadził ją do Wilna, gdzie zamieszkiwał  od 1920 r.  W 1922 r. był sekretarzem Sejmu Litwy Środkowej, a następnie likwidatorem jego kancelarii (po rozwiązaniu Sejmu 25 marca 1922 r.. gdy podjął uchwałę „O przedmiocie przynależności państwowej Ziemi Wileńskiej”, co było jego zadaniem). Po wkroczeniu Niemców do Wilna w 1941 r. wysiedlono nas z domu, w którym powstało getto żydowskie i zamieszkaliśmy przy ul. Teatralnej, akurat naprzeciwko gmachu teatru, w którym niegdyś obradował wspomniany Sejm. W przewidywaniu walk o Wilno w 1944 r., ojciec ulokował mnie, wraz z młodszą o pięć lat siostrą Marią Danutą i naszą matką na wsi pod Wilnem. Gdy wracał do domu, by pilnować mieszkania, walki już trwały i  13 lipca na rogu naszej ulicy i  Małej Pohulanki zatrzymał go patrol sowiecki. Okazało się, że w obliczu przeważających sił niemieckich skryła się tu kompania  Armii Czerwonej. Mój ojciec, który biegle posługiwał się językiem rosyjskim, określił  im sytuację na mapie, umożliwiając podjęcie ewakuacji we właściwym kierunku. Gdy potwierdzono sytuację na drodze łączności radiowej, zaproponowano ojcu w nagrodę zegarek, on jednak wolał podziękowanie na piśmie, które otrzymał. U schyłku października 1944 r. NKGB zdekonspirowało moją matkę jako łączniczkę wileńskiego „Kedywu” ze sztabem AK. W naszym mieszkaniu założono „kocioł” i po kilku dniach zgarnięto stamtąd ok. 40 osób. Wszystkich osadzono  w więzieniu NKWD na Łukiszkach, a po  trzech tygodniach moją matkę przewieziono do aresztu w NKGB przy ul. Ofiarnej, gdzie spotkała też swoją młodszą koleżankę Barbarę Skargę, również łączniczkę i obie w styczniu 1945 r. zostały wywiezione do „Workuckiego Poprawczego Obozu Pracy” (Barbara Skarga powróciła stamtąd po 10 latach, była później profesorem filozofii PAN – por. jej wspomnienia Po wyzwoleniu..., Poznań 1990). Na początku stycznia 1945 r. aresztowano ojca. Wówczas mnie z siostrą wyrzucono z mieszkania, które zarekwirowali napływający do miasta osadnicy litewscy. Był to już okres „repatriacji” do Polski. Szczęściem, gdy po trzech miesiącach pobytu na Łukiszkach, ojca wzięto wreszcie na przesłuchanie, mógł okazać wspomniane wyżej zaświadczenie dowódcy sowieckiego, które zapobiegliwie zaszył sobie wcześniej w kołnierzu płaszcza. To zdecydowało, iż parę tygodni później został zwolniony z więzienia i mógł nas odszukać. Wówczas też natychmiast rozpoczął starania o uwolnienie naszej matki, wpierw przez wileńskie NKWD, a po otrzymaniu w czerwcu i wrześniu odpowiedzi odmownej, napisał w tej sprawie do Moskwy, dołączając owo zaświadczenie wojskowe. To tłumaczy, dlaczego wyjechaliśmy z Wilna ostatnim transportem repatriacyjnym w listopadzie 1945 r.

Ojciec postanowił osiedlić się w Olsztynie, ponieważ tutaj właśnie ewakuowało się, niemal w komplecie, dawne wileńskie Kuratorium Szkolne, w którym pracował i do którego teraz mógł powrócić.

Moja matka, nieoczekiwanie dla siebie, w kwietniu 1946 r. została zwolniona z „Obozu Poprawczego”, ale z zakazem powrotu do Wilna i z obowiązkiem osiedlenia się w Olicie (Alytus) na Litwie. Pojechała jednak do Wilna i tam w konsulacie polskim otrzymała wszelka niezbędną pomoc, łącznie z kartą ewakuacyjną, którą pozostawił dla niej mój ojciec. Do Olsztyna przyjechała w czerwcu. Była chora na żółtaczkę i szkorbut, miała przygłuch od pobicia (dopiero jednak w maju 1994 r. mogła uzyskać kwalifikację ZUS: „zespół poobozowy” i I grupę inwalidztwa). Ojciec ulokował nas w internacie liceum pedagogicznego, dzięki czemu mieliśmy z siostrą opiekę, gdy on szedł do pracy. Tam odnalazła nas matka. Moja siostra miała początki gruźlicy, ja anemię, przez co znalazłem się w szpitalu. Po jakimś czasie matka poczuła się na siłach, by podjąć pracę w szkolnictwie zawodowym (w Dyrekcji Okręgowej Szkolnictwa Zawodowego, w ośrodku metodycznym). W okresie nasilonego stalinizmu została od tej pracy odsunięta i zatrudniła się w bibliotekarstwie (miała w tym względzie pełne kwalifikacje). W latach 1962–1967 była nauczycielką w Technikum Gospodarczym, wychowawczynią klasy o profilu „żywienie zbiorowe”. W trakcie zajęć pozalekcyjnych przygotowywała uczennice do konkursów recytatorskich i osiągała w tym znaczne sukcesy. Nie bez znaczenia był fakt, iż preferowała wiersze poetów warmińskich i na dodatek w tutejszej gwarze – konsultantem  był przyjaciel domu Wojciech Steffen, rodem z Sząbruka (jakiś czas razem z ojcem pracował w  Kuratorium), a czasem nawet sama poetka warmińska Maria Zientara-Malewska.

Wspomniane kłopoty mojej matki na tle politycznym dotyczyły także i mnie. Po maturze w 1953 r., w ciągu dwóch lat nie mogłem dostać się na żadną uczelnię, choć egzaminy zdawałem pomyślnie (w Gdańsku, Warszawie, Toruniu i Poznaniu), każdorazowo otrzymując charakterystyczną pocztówkę z wydrukowaną formułą: „nie przyjęty z braku miejsc”. Gdy w końcu, za namową mojej polonistki Janiny Kirkickiej, zdecydowałem się zapisać na dwuletnie studium nauczycielskie w Olsztynie, również i tutaj po dwóch tygodniach dyrektor Bolesław Wytrążek polecił mi  opuścić uczelnię – taka była decyzja Komitetu Wojewódzkiego PZPR. W zaistniałej sytuacji dyrektor Muzeum Mazurskiego Hieronim Skurpski zasugerował mojej matce, abym „zniknął” z Olsztyna (dokumenty na studia należało składać w miejskim inspektoracie oświaty, dzięki czemu mogły być weryfikowane przez miejscowe władze polityczne). Tak więc skorzystałem z jego propozycji i jesienią 1954 r. podjąłem pracę w Muzeum Mikołaja Kopernika we Fromborku, które podlegało wówczas olsztyńskiemu muzeum okręgowemu. Praca w tamtejszym muzeum, jak i osoba wielkiego astronoma, który spędził we Fromborku większość swego  życia, wywarły na mnie duże wrażenie. Od jesieni 1955 r. podjąłem studia historyczne na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu, co w perspektywie Fromborka traktowałem jako rzecz naturalną i co również przez kadrę naukową przyjmowane było ze zrozumieniem. Ma się rozumieć, że zgłosiłem się na seminarium magisterskie do profesora Karola Górskiego, wybitnego znawcy dziejów państwa krzyżackiego w Prusach, a także biskupstwa warmińskiego w epoce Mikołaja Kopernika. Pisałem więc pracę o wuju Kopernika Łukaszu Watzenrodem, a w dalszych latach, pod kierunkiem tegoż profesora napisałem dysertację doktorską Monarchia polska i Warmia u schyłku XV wieku. Zagadnienia prawno-ustrojowe i polityczne (wyd. Olsztyn 1978).

Po ukończeniu studiów bardzo chętnie skorzystałem z propozycji zorganizowania Muzeum Warmińskiego na zamku w Lidzbarku Warmińskim, w którym niegdyś w ciągu siedmiu lat zamieszkiwał Mikołaj Kopernik. Ja sam mieszkałem na tym zamku dwa lata, po czym od 1963 r. podjąłem pracę w Ośrodku Badań Naukowych im. Wojciecha Kętrzyńskiego w Olsztynie – nowo utworzonej placówce typu instytutowego, którą kierował Władysław Ogrodziński, postać znana w Olsztynie ze swej wielostronnej aktywności (uprzednio on też właśnie skierował mnie do Lidzbarka).

Początek moich zainteresowań naukowo-badawczych przypada na lata lidzbarskie, gdzie na podstawie źródeł związanych z osobą Ignacego Krasickiego odtworzyłem plan poszczególnych kondygnacji oraz funkcję pomieszczeń nieistniejącego dziś pałacu biskupiego, którego ostatnim mieszkańcem był właśnie Krasicki (druk w „Roczniku Olsztyńskim”, tom 5). Dopiero jednak po powrocie do Olsztyna stanąłem w obliczu niezwykle korzystnych dla mnie okoliczności, umożliwiających podjęcie systematycznych badań naukowych. Okazało się mianowicie, iż mniej więcej pięć lat wcześniej olsztyńska Kuria Biskupia odzyskała swe bezcenne archiwum, sięgające początków kapituły warmińskiej oraz czasów Kopernika, które do 1945 r. znajdowało się w rękach niemieckich we Fromborku i praktycznie nie było dostępne dla badaczy polskich, a następnie trafiło do Moskwy i w 1952 r. zostało przekazane Polsce i zdeponowane w magazynach Muzeum Narodowego w Warszawie. Teraz więc, odkąd wróciło do rąk swego prawowitego właściciela, uzyskałem możliwość nieograniczonego dostępu do akt, które mnie szczególnie interesowały, mianowicie do akt związanych ze środowiskiem Mikołaja Kopernika w kapitule warmińskiej. Zachęcony dodatkowo przez biskupa Jana Obłąka, z wykształcenia  historyka, a zarazem dyrektora tegoż archiwum, podjąłem własne badania. Z początku warunki były o tyle utrudnione, iż archiwum znajdowało się w prowizorycznym budynku, w którym nie było możliwości udostępniania akt. Należało zamawiać je wedle katalogu książkowego a korzystać w parlatorium przy Wyższym Seminarium Duchownym „Hosianum” przy pl. Bema w Olsztynie. W okresie zimy trzeba było siedzieć w płaszczu, ale ks. biskup Jan Obłąk ordynował gorącą herbatę, a czasem zapraszał do jadalni na świetną zupę pomidorową z makaronem. Bywałem tam tylko okresowo, gdy nad czymś konkretnym pracowałem, ale korzystających było niewielu – nigdy nie zdarzyło mi się spotkać kogoś drugiego w parlatorium. Obsługa spoczywała w rękach siostry zakonnej Janiny Meissnerówny, która – jak się zdaje – ukończyła we Lwowie sztuki piękne, ale jej atutem była znajomość języków obcych, w tym również łaciny. Gdy na początku 1969 r. rozpocząłem kwerendę na temat Wieża, dom i obserwatorium fromborskie Mikołaja Kopernika oraz jego folwarki, okazało się nagle, że w jednej z ksiąg zawierających protokoły z posiedzeń kapituły (Akta Kapituły 2) w części środkowej brakuje całej zszywki, przez co urwał mi się wątek związany z losami kurii  Mikołaja Kopernika po jego śmierci. Tydzień później siostra Janina z triumfującym uśmiechem przyniosła mi ową zszywkę, znalezioną pośród niezidentyfikowanych destruktów. Tam właśnie znalazłem dokładną lokalizację kurii Kopernika, której nikt dotychczas nie zidentyfikował w terenie. Moja wdzięczność dla siostry Janiny nie miała granic – naturalnie w mojej publikacji pod wspomnianym tytułem wyraziłem to expressis verbis.

Wszelako w początkowym okresie moich kwerend archiwalnych (rok 1964) towarzyszył mi znaczny sceptycyzm. Zdawałem sobie sprawę, że przede mną przeszukiwali te akta znani niemieccy badacze życia Kopernika, jak Leopold Prowe, Franz Hipler, Eugen Brachvoglel i Hans Schmauch. Szedłem więc właściwie ich śladami i niewiele sobie mogłem obiecywać. Bardzo rychło jednak znalazłem pewne luki badawcze, ale największe moje zdumienie dotyczyło faktu, że przedmiotem zainteresowania badaczy niemieckich był m.in. ten materiał źródłowy, który zgodny był z wizją Kopernika jako Niemca (stąd znana publikacja H. Schmaucha Nicolaus Kopernikus – ein Deutscher, 1943). Najbardziej jaskrawym przykładem manipulacji  tak właśnie ukierunkowanej, była nasza wspólna z prof. Marianem Biskupem konstatacja, związana z  rękopisem Kopernikowych Lokacji łanów opuszczonych (Locationes mansorum desertorum). Okazało się mianowicie, że żaden z badaczy niemieckich nie zdecydował się na opublikowanie w całości tak istotnego rękopisu Kopernika, który liczył aż 15 stron (stronę ostatnią przepisał z notatek Kopernika kto inny). Pytanie – dlaczego? – narzucało się samo przez się. W archiwum zachowała się niestety tylko jedna kartka tegoż rękopisu, który w całości figuruje zarówno w starym inwentarzu niemieckim, jak też w nowszym rosyjskim, poprzedzającym przekazanie archiwum do Warszawy w 1952 r. Jasno z tego wynika, że ów cenny rękopis zaginął już w Warszawie. Nie dziwi mnie to, skoro w 1962 r. (a więc wtedy, gdy archiwum było już w Olsztynie), ówczesny dyrektor Muzeum Narodowego prof. Stanisław Lorentz (1899–1991) pokazał mi ów rękopis jako ciekawostkę, gdy złożyłem mu wizytę w jego gabinecie (pracując wówczas w Muzeum na zamku lidzbarskim, przejmowałem pod swoją opiekę zbiorową wystawę muzeów warszawskich, zorganizowaną pod egidą Muzeum Narodowego). Na szczęście, za pośrednictwem historyków niemieckich, profesorowi Biskupowi udało się uzyskać kserokopie brakujących stron, które wykonano z oryginalnych odbitek fotograficznych, znalezionych w spuściźnie zmarłego w 1966 r. Hansa Schmaucha w Münster. W ten sposób można było w 1970 r. w Olsztynie opublikować po raz pierwszy pełny tekst lokacji, poprzedzony owymi reprodukcjami (za wyjątkiem pierwszej strony, której u Schmaucha nie znaleziono, ale jej tekst zaczerpnięto z publikacji Franza Hiplera z 1873 r.). I wtedy wszystko stało się jasne. Na 136 zapisanych przez Kopernika imion (chłopi mieli tylko imiona), aż 60 razy pojawiają się imiona polskie. Co więcej, Kopernik pisał je tak, jak nikt inny bezpośrednio przed nim i po nim, ponieważ w jego czasach język polski nie był językiem pisanym (dopiero w roku śmierci Kopernika  Mikołaj Rej z Nagłowic wyraził się buńczucznie, że Polacy nie muszą posługiwać się „gęsiną”, czyli łaciną, bo oni „też swój język mają”). Był to zaś język zgoła żałosny, gdyż pozbawiony gramatyki. Z tym większym podziwem patrzymy, jak sobie radził z tym Kopernik. Radził doskonale! Imiona proste,  jak „Jan” i „Roman” pisał tak samo, jak my dziś piszemy. Prawdziwym jednak wyzwaniem były dlań imiona Andrzej, Bartosz, Grzegorz, Szczepan,  Marcin. Zapisywał je fonetycznie, tak jak je słyszał, ale nie mógłby ich w ten sposób zapisać, gdyby nie znał mowy polskiej. Więc: Andrhe, Bartosch, Gregorhs, Czepan, Martzyn, itd. Historycy niemieccy woleli przejść nad tym do porządku. Franz Hipler opublikował tylko pierwszą stronę lokacji, gdzie nie ma  Polaków. Leopold Prowe opublikował co prawda aż trzy strony, ale tylko te, gdzie nie ma Polaków – bo dotyczyły one  wizyty Kopernika w środkowej Warmii (w komornictwie melzackim –  dziś Pieniężno), gdzie przybysze z Mazowsza nie dotarli. Hans Schmauch, historyk z prawdziwego zdarzenia, badacz rzetelny, najwybitniejszy z nich wszystkich, w 1941 r. zapowiedział opublikowanie całości kopernikowskich lokacji, ale z tego zamiaru wówczas się wycofał i odłożył rzecz do roku 1943 (rocznica 400-lecia śmierci Kopernika, której świat ogarnięty wojną nie mógł obchodzić, ale sami Niemcy – owszem). Ale i wówczas Hans Schmauch na to się nie zdobył – właśnie wtedy natomiast rozpisywał się o rzekomej niemieckości Kopernika.

Innym, ważnym dla Polaka, a pomijanym i zlekceważonym  przez badaczy niemieckich dokumentem jest akt wystawiony przez Kopernika jako administratora dóbr kapituły z datą 15 marca 1518 r. Otóż na końcu tego dokumentu Kopernik zapisał świadka w osobie własnego sługi, który w zlatynizowanej formie nosi imię Albertus, ale jego nazwisko w zapisie fonetycznym brzmi: Szebulsky. Skoro nie ma żadnej wątpliwości, ze jest to nazwisko polskie, zatem imię Albertus należy odczytywać po prostu jako „Wojciech”, zaś nazwisko, wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, jako „Cebulski”. Ów sługa Albertus w licznych przypadkach występuje też jako świadek w zapisach lokacyjnych Kopernika (famulus meus Albertus). Rozumiemy więc, że towarzyszył on Kopernikowi stale, obok drugiego sługi, którego Kopernik określał mianem puer Jeronymus, czyli „chłopiec Hieronim”. Wynika stąd wniosek, że Kopernik, w zgodzie ze statutami kapituły, zatrudnił dwóch służących, którzy stale mu towarzyszyli, w domu i poza domem. I dalej, że skoro Cebulski był Polakiem, to ów „chłopiec Hieronim” z pewnością również był Polakiem i że obydwaj zarówno między sobą, jak też z Kopernikiem, posługiwali się językiem polskim. I dalej też wolno nam przypuszczać, że dobór takich właśnie służących, którzy posługiwali się językiem polskim, nie mógł być sprawą czystego przypadku!. Jest to mianowicie ważnym dla nas świadectwem, że Kopernik chętnie i na co dzień posługiwał się językiem polskim. Bo w końcu przecież był to niezawodnie język jego ojca, rodowitego krakowianina, który osiadłszy w Toruniu, w Prusach Królewskich, był tu „Koroniarzem”, czyli Polakiem, a więc właściwie człowiekiem obcym, który nie miał prawa piastowania na tym terenie żadnych urzędów, zastrzeżonych prawem indygenatu wyłącznie dla ludzi urodzonych w Prusach  – takich właśnie jak jego syn, Mikołaj Kopernik. W końcu język polski był też na co dzień językiem jego wuja Łukasza Watzenrodego, który 10 lat był nieodłącznym towarzyszem biskupa włocławskiego Zbigniewa Oleśnickiego. Gdy Oleśnicki awansował na prymasostwo, zabrał Łukasza ze sobą do Gniezna. Jakimże językiem mówiono w tamtym środowisku? A przecież wiadomo, że po śmierci ojca wuj zaopiekował się Mikołajem, który 7 lat towarzyszył mu na dworze biskupim w Lidzbarku. Obydwaj byli dwujęzyczni. Tak samo dobrze posługiwali się językiem niemieckim, jak i językiem polskim. Niedawno profesor Janusz Małłek z uniwersytetu toruńskiego odkrył, że na sejmiku pruskim w 1530 r. w Elblągu Kopernik bezpośrednio nawiązywał do wypowiedzi posła królewskiego Jana Balińskiego, który nie znał języka niemieckiego i wymagał tłumacza. Wszystko wskazuje na to, że owym tłumaczem (z polskiego na niemiecki i odwrotnie) był Mikołaj Kopernik.

Tak więc odkrywanie rzeczywistej polskości Kopernika było moją wielką i niezrealizowaną wcześniej przygodą, ilekroć przyszło mi zagłębiać się bliżej w to wszystko, co miało bezpośredni związek z nim samym, lub z jego środowiskiem w kapitule warmińskiej. Tę moją wiedzę, jak wspomniałem, wzbogacali też inni badacze polscy. Nie można tu pominąć jeszcze jednego, charakterystycznego przykładu.  Otóż w literaturze niemieckiej, związanej z dziejami wojny polsko-krzyżackiej z lat 1519–1521, zaledwie w przypisie wymieniono istnienie pewnego listu kapituły warmińskiej z 16 listopada 1520 r., adresowanego do króla Zygmunta Starego, z wezwaniem, aby wzmocnił załogę Olsztyna, ponieważ miastu i zamkowi zagraża spodziewany najazd wojsk krzyżackich.  Gdy profesor Marian Biskup dotarł do oryginału tego listu, bez trudu ustalił, że jego autorem był Mikołaj Kopernik. Jakże więc wymowne stają się słowa, które zawarł on w zakończeniu tego listu: „pokornie błagamy Wasz Święty Majestat, aby raczył nam jak najśpieszniej przyjść  z pomocą i wesprzeć skutecznie, pragniemy bowiem czynić to, co przystoi ludziom szlachetnym i uczciwym oraz bez reszty oddanym Waszemu Majestatowi, nawet jeśliby przyszło nam zginąć”.  Przez miejsce swego własnego urodzenia Kopernik był „Prusakiem”, przez pochodzenie swego ojca – „Koroniarzem”. I tak z pewnością myślał, gdy pod datą 23 kwietnia 1517 r., w Ługwałdzie pod Olsztynem, nadawał chłopom opuszczone gospodarstwo. Ową datę zapisał wówczas następująco: Actum die sancti Adalberti, patrie patris et apostoli – „Działo się w dniu świętego Wojciecha, ojca i apostoła ojczyzny”. Święty Wojciech był zarówno patronem Prus, gdzie poniósł śmierć męczeńska, jak też – rzecz wiadoma – patronem całej Polski.

Niezależnie od tych spraw, wysoce inspirujące okazały się księgi protokołów z posiedzeń kapituły warmińskiej we Fromborku, jak już wspomniałem, na ich podstawie udało mi się ustalić miejsce, w którym stał dom Kopernika we Fromborku. Wagi tego ustalenia nie da się przecenić. Dotychczas uważano, że Kopernik wykonywał swoje obserwacje astronomiczne na ganku przy narożnej wieży obronnej, która rzeczywiście należała do niego. Lecz przecież w De revolutionibus sam opisuje swoje  pawimentum, czyli płytę posadzkową usytuowaną wprost na ziemi, z wyznaczoną na niej linią południkową na której to płycie ustawiał swoje instrumenty astronomiczne. Wieża natomiast była mu potrzebna tylko po to, aby uczynić zadość statutom kapituły, które wymagały od kanoników, aby każdy z nich posiadał dwie kurie – jedną wewnątrz murów obronnych katedry, a drugą na zewnątrz, w ogrodzie. Te ostatnie, z trzech strony otaczały warownię fromborską. I otóż właśnie owa kuria zewnętrzna, usytuowana w ogrodzie, była właściwym miejscem zamieszkania Kopernika. Na jej zapleczu, w ogrodzie warzywnym, znajdowała się płyta obserwacyjna. Istniała jeszcze 40 lat po śmierci Kopernika, czego dowodzi dziennik Eliasza Cimbera, wysłannika astronoma duńskiego Tychona de Brahe, który polecił swemu asystentowi aby przy pomocy udoskonalonego instrumentu astronomicznego, jakim był sekstans trygoniczny sprawdził dokładność obserwacji dokonywanych przez Kopernika. Cimberowi wskazano ową płytę i na  niej też ustawił swój instrument. Okazało się tedy, że dom Kopernika był pierwszym w rzędzie kurii od strony zachodniej. Stał w najwyższym miejscu. Od strony Zalewu Wiślanego nie miał sąsiada . Gdy w 1986 r., na 50-lecie Muzeum Mikołaja Kopernika we Fromborku, zjechali się tam wszyscy kopernikolodzy, poprosiłem wybitnego historyka astronomii prof. Jerzego Dobrzyckiego (1927–2004), aby udał się ze mną na to miejsce i ocenił zasadność  nabycia przez Kopernika tego właśnie domu,  a nie innego. Mój rozmówca bez chwili namysłu orzekł, że z punktu widzenia potrzeb Kopernika było to jedyne, najlepsze miejsce, jakie mógł znaleźć pośród kurii kanonickich we Fromborku. Jedynie tutaj bowiem znajdował niczym niezakłócony, południowy horyzont astronomiczny, który był przedmiotem jego badań. I wówczas stało się dla mnie zrozumiałe, dlaczego zdecydował się nabyć tę właśnie, najdroższą ze wszystkich kurię zwolnioną po śmierci prepozyta, której ze względu na zagrożenie wojenne, żaden z kanoników nie zechciał zakupić. Kapituła poszła na rękę Kopernikowi, uczyniwszy wyraźny wyjątek – pozwolono mu  spłacić wartość ustalonej kaucji w trzech ratach, czego w innych wypadkach nigdy nie czyniono. Poszukiwania archeologiczne ujawniły poziom dziedzińca na zapleczu domu poniżej jednego metra i pięknie ułożony bruk z czasów Kopernika, z wyprofilowanymi ściekami dla odprowadzania deszczówki. Znaleziono dwie  współczesne tamtym czasom monety polskie. Na terenie ogrodu nie znaleziono jednak śladów płyty obserwacyjnej. Prepozyt kapituły biskup Jacek Jezierski, gospodarz tego terenu, nie ma nic przeciwko temu, aby płytę obserwacyjną odtworzyć. Byłaby wielką atrakcją dla turystów – gdyby jeszcze na dodatek ustawić na niej kwadrant słoneczny i pokazać, w jaki sposób posługiwał się nim Kopernik w samo południe, gdy na niebie świeciło słońce.

W oparciu o wskazany wyżej materiał archiwalny udało mi się także zweryfikować błędnie przyjmowaną datę śmierci Kopernika – 24 maja 1543 r. Okazało się, ż 21 maja już nie żył. Kiedy dokładnie umarł – nie wiadomo. Współcześni nie uznali za rzecz ważną, aby odnotować w aktach kapituły zarówno datę urodzenia, jak i datę śmierci Kopernika, on sam zaś nie zadbał o to, aby w swym testamencie przekazać legat na własną płytę nagrobną oraz tekst, jaki powinien się na takiej płycie znaleźć. Ponieważ więc na własne życzenie pochowano go bezimiennie, stanąłem wobec pytania – gdzie jest grób Kopernika? Po latach udało mi się ustalić listy pochówków przy wszystkich 16 ołtarzach przyznawanych kanonikom na przestrzeni od XIV do XVIII wieku. Tym sposobem mogłem zasugerować archeologom, przy którym ołtarzu winni szukać tego pochówku. Z inicjatywy prepozyta Warmińskiej Kapituły Katedralnej, ks. biskupa Jacka Jezierskiego, odpowiednie badania podjęła ekipa prof. Jerzego Gąssowskiego i w 2005 r. mogłem być świadkiem odkrycia we wskazanym miejscu szczątków kostnych astronoma. Badania antropologiczne czaszki, dokonane przez prof. Karola Piaseckiego, przyniosły potwierdzenie, iż jest to czaszka mężczyzny zmarłego w wieku starczym (Kopernik zmarł w wieku 70 lat i jako jedyny kanonik w takim właśnie wieku został pochowany przy wskazanym ołtarzu). W ślad za tym poszły następne badania identyfikacyjne: podinspektor Dariusz Zajdel, specjalista w Centralnym Laboratorium Kryminalistycznym Komendy Głównej Policji w Warszawie dokonał komputerowej rekonstrukcji wyglądu twarzy anonimowego nieboszczyka (nie wtajemniczono go w domniemaną tożsamość zmarłego). Rekonstrukcja ujawniła charakterystyczne cechy wizerunku, znane z zachowanych portretów astronoma, zwłaszcza duży, orli nos, na dodatek skrzywiony w lewo wskutek urazu kostnego, potwierdzonego wcześniej przez antropologa. Szczególne podobieństwo kojarzyło się natychmiast z tzw. portretem „gołuchowskim” ukazującym astronoma w półprofilu (kopia portretu pochodzącego z XVI wieku w Muzeum Okręgowym w Toruniu). W 2006 r. prof. Göran Henriksson, pracownik Wydziału Fizyki i Astronomii Uniwersytetu w Uppsali, zainspirowany przez prof. Jerzego Gąssowskiego badaniami szczątków kostnych  Kopernika, odszukał w jednym z dzieł posiadanych przez Kopernika (księgozbiór Kopernika znajduje się w zbiorach tamtejszej biblioteki) 10 włosów, które przypuszczalnie należały do astronoma (znalazł też włosy z sierści dwóch kotów – rudego i burego, które zapewne przebywały w domu astronoma). Badaniem DNA wyodrębnionego z włosów zajęła się prof. Marie Allen. Osiągnięte przez siebie wyniki skonfrontowała z analogicznymi badaniami DNA, na podstawie próbek pobranych z zęba i szczątków kostnych nieboszczyka, które przeprowadzili, niezależnie od siebie, dr hab. Wojciech Branicki w Zakładzie Genetyki Ewolucjonizmu Instytutu Zoologii na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie oraz prof. Wiesław Bogdanowicz w Instytucie  Zoologii PAN w Warszawie. Rezultat był jednoznaczny: odkryte w katedrze fromborskiej szczątki kostne należą do Mikołaja Kopernika. Skoro więc nauka potwierdziła, że mamy do czynienia ze szczątkami Kopernika, 21 maja 2010 r. odbył się wtórny pochówek. Z uroczystym, kościelnym ceremoniałem. Tym razem Kopernik otrzymał należne mu od potomnych, okazałe epitafium. Ufundował je kanonik warmiński ks. dr Jan Jerzy Górny, dziedzic tegoż ołtarza, który niegdyś należał do jego wielkiego poprzednika, Mikołaja Kopernika. Pełny stan wiedzy dotyczącej życia i działalności Kopernika na tle jego środowiska we Fromborku starałem się przekazać w sposób możliwie przystępny w książce Prywatne życie Mikołaja Kopernika, której kolejne wydania były zawsze aktualizowane i uzupełniane w miarę postępu badań.

Należy też odnotować fakt, iż z inicjatywy prof. Michała Kokowskiego, w dniach 22–23 lutego 2010 r. odbyła się w Krakowie sesja naukowa, której wyniki prezentuje  książka Tajemnica grobu Mikołaja Kopernika. Dialog ekspertów (Polska Akademia Umiejętności, Centrum  Kopernika Badań Interdyscyplinarnych, Kraków 2012). Część zasadnicza publikacji otwiera mój referat Tajemnica grobu Mikołaja Kopernika – mity i rzeczywistość (wobec mojej nieobecności referat ów był uprzejmy przedstawić wspomniany inicjator sesji, prof. M. Kokowski). Ponieważ generalnym zamierzeniem organizatorów była krytyczna ocena wszystkich dotychczasowych ustaleń naukowych dotyczących odnalezionych („rzekomo”) szczątków astronoma, również i mój referat spotkał się z pewną krytyką. Nie będę tu oczywiście wychodził poza swoje kompetencje i dlatego nie zabieram głosu w sprawach dotyczących archeologii, antropologii, komputerowej rekonstrukcji twarzy Kopernika, a tym bardziej wysoce specjalistycznych badań genetycznych, choć i na ten temat mam prawo mieć własne zdanie, skoro wszystkie owe badania są niejako pochodnymi moich własnych badań. Wszelako, w rezultacie lektury owych uwag krytycznych, które dotyczą mojej własnej działki, widzę jasno, że w istocie rzeczy nie mam przed czym się bronić. Ani z kim dyskutować.  Moi krytycy nie rozumieją bowiem rzeczy zgoła podstawowych. Np. co to jest strefa ołtarzowa (jaki ma zasięg), a co nią nie jest. Nie rozumieją, że w tamtych czasach istniało prawo niepisane, czyli tzw. prawo zwyczajowe. A było to właśnie prawo (możemy je nazwać zasadą), które nie toleruje odstępstw – i na to są wystarczające dowody (imienne płyty kanoników leżące przed ołtarzami, które dowodnie do tych kanoników należały). Nie będę też bliżej ustosunkowywał się do zarzutu, iż pominąłem odległe w czasie sugestie prof. Karola Górskiego, co do ewentualności pochówku szczątków Kopernika przy którymś z dwóch innych ołtarzy. Prof. Karol Górski (który patronował moim badaniom i mojej pracy doktorskiej) już na etapie moich wstępnych badań przyznał mi rację (w trakcie mego publicznego odczytu w Książnicy Miejskiej w Toruniu). Podobnie też nie zamierzam wycofywać się z twierdzenia, iż moja pewność co do miejsca pochówku Kopernika przed tym właśnie ołtarzem, który wskazałem i przy którym odkryto jego szczątki, była i jest stuprocentowa. Bo jest. Ale na krytykę się nie obrażam, gdyż w badaniach naukowych jest ona motorem postępu. Nawet jeśli nie jest zbytnio kompetentna.

Inne moje zainteresowania naukowe dotyczyły historii osadnictwa w Prusach. Te, które dotyczyły lokacji i rozwoju przestrzennego miast, z reguły zostały opublikowane,  natomiast dzieje osadnictwa wiejskiego (historia wsi w poszczególnych gminach według dzisiejszego podziału administracyjnego województwa) były opracowywane na użytek administracji terenowej. Z nielicznymi wyjątkami to samo dotyczy siedzib rodowych arystokracji pruskiej oraz polskiej szlachty osiadłej na tym terenie, opublikowałem genezę niektórych zamków, np. Lidzbarka Warmińskiego, Sątoczna, Pasymia, Szczytna, Olsztynka, Olsztyna, zaś historia tych i wielu innych jest przygotowywana do druku w osobnym opracowaniu.

Jak już wspomniałem, początki mojej pracy zawodowej były związane z muzealnictwem – w latach 1954–1955 z Muzeum Mikołaja Kopernika we Fromborku i w latach 1961–1962 z Muzeum Warmińskim na zamku w Lidzbarku. W 1963 r. zaproponowano mi pracę w powołanym wówczas do życia Ośrodku Badań Naukowych im. Wojciecha Kętrzyńskiego w Olsztynie. W latach 1970–1983 pełniłem funkcję dyrektora tej placówki. Potem wróciłem do muzealnictwa i w latach 1983–1987 byłem dyrektorem Muzeum Warmii i Mazur w Olsztynie. Moją rezydencją był więc kolejny zamek (po Fromborku i Lidzbarku), w którym niegdyś zamieszkiwał Kopernik. W latach 1987–1991 byłem dyrektorem wydawnictwa książkowego, które pod wpływem tzw. „reform Balcerowicza” (likwidacja „gospodarki planowej” i wprowadzenie wolnego rynku) zmuszone było ogłosić upadłość. W rezultacie podjąłem pracę w administracji rządowej – w urzędzie Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków, w którym przepracowałem ponad 20 lat. Jestem członkiem rozmaitych towarzystw, niekoniecznie naukowych i laureatem rozmaitych nagród, odznaczeń, które wysoko sobie cenię – jak zwłaszcza tytuł honorowy „Przyjaciela Fromborka”, przyznany mi w 2000 r. z okazji jubileuszu 700-lecia miasta.

Moi synowie słusznie uważają (Piotr anglista, Bartosz geodeta i Michał socjolog), że można różnie ułożyć sobie życie, choć przecież niekoniecznie w związku z Kopernikiem. Jednak decyzja co do tego nie zawsze jest w naszych rękach. Moja siostra, po mężu Maria Kapałka, ujawniła talent muzyczny. U Stefana Stuligrosza w Poznaniu studiowała dyrygenturę i była założycielką  kierunku wychowania muzycznego na uczelni pedagogicznej w Olsztynie, który przekształcił się później w Instytut Muzyki na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim. Oboje niezbyt chętnie wspominamy Wilno, jako miejsce naszego urodzenia, które akurat w naszych wspomnieniach zapisało się fatalnie, choć przecież dzieje tego miasta, historycznej stolicy Litwy, w historii obydwu krajów jaśnieją zasłużonym blaskiem.

 

Jerzy Sikorski u kolebki rodu swojej matki (z Wołk-Lewanowiczów) w Jasnym Lesie pod Bobrujskiem, 1988 r.

 

 

Michał Sikorski na tropie własnych korzeni w Wieliczkowie pod Bobrujskiem, 2011 r.

 

Cmentarz katolicki koło Wieliczkowa pod Bobrujskiem, 2011 r. Co grób, to jakiś Sikorski!